Już trzecią jesień z rzędu postanowiliśmy spędzić w Egipcie, choć musimy przyznać, że ta była nieco odmienna. Konsekwentnie utrzymywany przez polski MSZ status „nie podróżuj”, nagonka medialna i trzy incydenty związane z samolotami skutecznie odstraszyły większość turystów czy surferów. Nawet nas zniechęcały powyższe argumenty i mocno się wahaliśmy czy to aby dobry pomysł. Jednak po szybkich ustaleniach z ekipą siedzącą na miejscu, wszelkie wątpliwości prysły i przeszliśmy do szukania biletów, a tu kolejna niespodzianka. Biura podróży oczywiście dostosowały ilość lotów do zapotrzebowania i na przykład w listopadzie do Hurghady latały tylko dwa samoloty z Polski w ciągu tygodnia. Nie wiemy na ile to potwierdzona informacja, ale podobno w szczycie świetności Egiptu było ich po kilkanaście dziennie. Teraz musimy się liczyć z wydatkiem rzędu 1600zł za bilet w dwie strony (+ quiver), jednak na miejscu szybko się to zwraca, gdyż brak turystów w ostatnim czasie spowodował załamanie waluty i jest ona teraz dwukrotnie tańsza (1zł to około 4 funtów egipskich).

Na lotnisku w Hurghadzie otworzyli ostatnio całkowicie nowy terminal, dzięki czemu kupno wizy, odprawa paszportowa i odbiór bagaży idą zdecydowanie szybciej i przyjemniej. Po 30 minutowej podróży taksówką docieramy do RedSeaZone. W bazie i na wodzie pustki, co właściwie jest bardzo wygodne. Brak tłoku na wodzie, jak i o wolny leżaczek nie trudno, co zawsze było sporym problemem.

Na miejsce dotarliśmy 6 października, w Polsce akurat kilka dni wcześniej jesień pokazała swoje prawdziwe oblicze z temperaturą rzędu 8 stopni i deszczem, stąd też słoneczko, stabilny wiatr i temperatura wody, pozwalająca na pływanie bez pianki, były bardzo przyjemną odmianą. W tym roku październik naprawdę rozpieścił wiatrowo. Poza kilkoma słabszymi dniami, które wypadły podczas zawodów Jamboree, gdy Maciek prowadził szkolenia freestylowe, reszta fundowała super warunki. W tym roku zdecydowanie częściej robiliśmy spływy z bazy na koniec El Gouny. Super wycieczka, którą w pełni wszystkim polecamy. Poza wejściem do mariny, cały czas płyniemy po płytkiej wodzie, urozmaicając sobie podróż wpływaniem w kanałki (byle nie za głęboko, by nie stracić wiatru), widokiem El Gouny od drugiej strony jak i możliwością wyprawy na lagunkę oddaloną od brzegu. Na koniec lądujemy się w ostatniej szkółce, przechodzimy przez Hotel Club Paradiso, w recepcji zamawiając sobie Tuc Tuca i za 10 funtów (od osoby) wracamy do RedSeaZone.

Spadek waluty sprawił, że wiele atrakcji w El Gounie stało się zdecydowanie bardziej przystępnych cenowo. Polecamy spróbowanie Mori Sushi (najbardziej wymyślne smaki i sposób podania z jakim mieliśmy się okazję spotkać plus prawdziwe niebo w gębie) i śniadanka w Seven Stars (pyszna kawa, ciasta i ciepłe kanapki). Obydwie knajpy znajdują się w Marinie. 

W listopadzie odbyła się pierwsza edycja Progress Campów, wspólnie organizowanych z Easy Surf. Maćkowi trafiła się bardzo fajna ekipa, z którą miał dużo radości na wodzie jak i wieczorami, a każdemu udało się przy tym wyjechać z nowymi umiejętnościami. Listopad przyniósł również więcej bezwietrznych dni, które wykorzystywaliśmy do maksimum na wake’u. W tym roku Sliders poprzestawiał przeszkody i czekał na nas zupełnie nowy set-up pozwalający przejechać po sześciu przeszkodach podczas jednego kółka.

Podsumowując, Egipt jest według nas najlepszą z bliskich destynacji z Europy (4,5-5h lotu), która zapewnia takie warunki do pływania (dobre statystyki, temperatura). Kiteciarzom polecamy wyjazdy do końca października/połowy listopada, wake’owe warunki robią się najlepsze od początu listopada (brak wiatru i lustro na wodzie). Dla ludzi jak my, którzy lubią mieszać trochę tego i tego miejscówka jest idealna. Nie znaleźliśmy jeszcze miejsca na świecie by wakepark znajdował się 5min od spotu kite’owego. Warto też teraz planować podróż z wyprzedzeniem (przynajmniej miesięcznym), gdyż przy obecnej sytuacji coś takiego jak loty last minute do Egiptu niemal nie istnieją.

Zobaczcie jak udało nam się uchwycić powyższe dwa miesiące w filmach: